GOSiR CUP IV Dopiewo: 16-17 stycznia 2016
Weekend 16-17 stycznia okazał się kamieniem milowym na drodze Astronautów do powrotu na polskie parkiety i boiska. Grupa śmiałków załadowała się w samochody i spędziła dwa dni w Dopiewie, by tam, pierwszy raz od legendarnej Warzki zadziwić parę twarzy. Przyprowadziliśmy ze sobą kilka nowych osób, które zaufały, że pod banderą Astro osiągną więcej, niż do tej pory.

Piątkowy wieczór spędziliśmy napawając się turniejową atmosferą. Wierzcie lub nie, ale przez pół roku nieobecności można za tym zatęsknić! Party było skromne zbyt skromne jak na Astro, co zostało nam wypomniane przez innych reprezentatnów regionu Północnego, jednak naszych głowach jednak już krążyły tylko wizje jutrzejszego grania.

Sobotę zaczęliśmy od meczu z #967, który jak na pierwsze granie na hali od… och, kto by to liczył... OD DAWNA! poszedł nam całkiem nieźle i zakończył się wynikiem 27:10. Zyskaliśmy wczesną przewagę i szczecinianie musieli nas gonić próbując huckować, jednak brakowało im trochę celownika. Na kolejny mecz nastawialiśmy się jak na prawdziwą walkę, bo oto czekało nas spotkanie z drużyną widmo, która pojawia się i znika, jednak zawsze trzyma poziom. Niewiele brakowało byśmy odtańczyli przed meczem taniec haka. W skupieniu i rozpoznając atuty przeciwników weszliśmy w mecz. Do 4:4 mecz był wyrównany, dziewczyny z GUFu górowały kondycją i doświadczeniem, ich breaki były skalibrowane, a po zamknięciu atakowały upline’em. Po ośmiu punktach pojawiła się drobna przewaga GUFu, która w kluczowym momencie urosła do 8 punktów. Otrząsneliśmy się z tego i ruszyliśmy do kontrataku. Zmęczenie GUFu nam sprzyjało i zaczęliśmy odrabiać stratę, jednak ubiegającego czasu nie udało nam się zatrzymać. Ostatecznie zakończyliśmy spotkanie z GUFem wynikiem 13-18. Wiedzieliśmy, że tym samym przegraliśmy mecz o spanie do 11, ale oczywiście nie spuściliśmy głów, bo jak powszechnie wiadomo NOTHING BEATS AN ASTRONAUT. Wciąż pewni siebie ruszyliśmy dalej, bo na dechach parkietu czekało na nas Ultimatum Gdańsk wspierane przez kilku zawodników, którzy naprawdę mogli namieszać nam w planach. Wjechaliśmy w ten mecz niesieni na fali flow niczym Kelly Slater podczas zdobywania kolejnego mistrzostwa świata, a mocne man D nie pozwoliło nikomu na przejęcie naszych planów o zwycięstwie. 16:9 Astro górą.

Ostatni mecz to mecz przeciwko 71 Wratislavia. Jeżeli komuś było mało emocji, ten mecz zamykający sobotnie rozgrywki na pewno mu ich dostarczył. Pomimo naszej przewagi trwającej pierwszą część spotkania 71 nie zwiesiło głów i postanowiło udowodnić, jak bardzo są nieobliczalni i urwać parę punktów. Jak przystało na młodą drużynę, byli szybcy w decyzji i uparci w łapaniu. Karnie słuchający się trenera stoczyli z nami bardzo satysfakcjonującą walkę. Wyzwoliło to w nas ambicję pokazania się od najlepszej strony i powstrzymaliśmy ich falę breaków, wygrywając ostatecznie 16:12 i kończąc ten dzień partyjką w kalambury w spirit circle.

Jeszcze przed prysznicem dziewczyny zgotowały Astronautom niespodziankę i wybrały najlepszego zawodnika sobotnich meczy, który otrzymał koszulkę w kolorze krwi rywali, których pożarł swoimi D-layoutami i sky’ami. Podobno dodaje ona jeszcze większego skilla, bo skradziona została od samego Flasha. O naszym MVP mówi się, że jest Terminatorem, ale spokojnie, ma serce, potwierdzone info! Nie możemy ręczyć co będzie działo się na boisku, kiedy wbije na nie w TEJ koszulce. Artur, gratulacje i nie zawiedź nas!

Wieczorem dołączyliśmy do party późno, ale grubo. Spędziliśmy go szczęśliwi i pachnący obracając na czas plastikowe kubeczki. Z uwagi na zainteresowanie tą dyscypliną zagraliśmy we flip cupa Bydgoszcz kontra reszta świata. Do 3 wygranych setów, sety meczowe grane orzechem laskowym. Bydgoszcz wygrywa wynikami: 1:0, 1:1, 2:1, 2:2, 3:2. O tej porze parkiet już się trochę przerzedził, więc wystartowaliśmy w kalambury. Ogólnie highlife. Czego chcieć więcej? No.. może spania do 11 w niedzielę.

Niedzielny poranek i… znów szczecińska drużyna. Tym razem Albatros.
Przeciwnicy byli na fali (wiadomo, mają bliżej do morza niż my), a nas trochę bujało. Zrealizowaliśmy plan dropingowy na cały 2016 rok i zakończyliśmy go porażką 14:18. Po godzinach oczekiwania, które dłużyły się jak ostatnia lekcja w piątek przed feriami przyszedł czas na ostatni mecz turnieju. Walka o 5. miejsce i znowu Szczecin. #967 – odcinek drugi. Postanowiliśmy zagrać na luzie, pamiętając, że spięta głowa przyczynia się do spiętej gry. W pierwszym offense zaprezentowaliśmy tajną taktykę zwaną ŻUCZKAMI. Udana akcja nagrodzona oklaskami ze strony trybun. Żałujcie, że Was tam nie było! Rozluźniliśmy się może za bardzo i #967 objęli prowadzenie. Wykorzystaliśmy timeout, żeby doprowadzić się do porządku i od tej pory na boisko powróciła Astro magia. Niestety paparazzi postanowili chyba zrobić sobie przerwę na lunch, więc musicie uwierzyć nam na słowo.

Wygraliśmy zdaje się 22:12, co dało nam 5. lokatę. Chyba nieźle, ale na tym nie poprzestajemy!

Astro się budzi, coś wisi w powietrzu!

© Mikołaj Kamiński