Frisbee Kołem się toczy 2009

koao-2009
Pierwszego w sezonie indora możesz oczywiście zaliczyć pod koniec listopada gdzieś w południowym Bostonie, ale skoro tak bardzo jak nas bawi Cię Ultimate frisbee, to o wiele ciekawszym do tego miejscem będzie uroczo małe miasteczko Koło i organizowany tam już po raz drugi halowy turniej ‘Frisbee Kołem się toczy’. Nasz managment nie poradził sobie niestety z tłumaczeniem tego jakże pysznie brzmiącego słowa ‘indoor’ i myśląc, że rzecz będzie polegać na rozgrywkach w rzucaniu biednym dziobatym zwierzakiem, postanowił astro disco na ten event nie zapisywać. Cudem jakimś, i dzięki pomocy graczy z krainy Dziewięciu Wzgórz, udało nam się jednak wystawić skład i ruszyliśmy na kolejną nieuznaną niestety przez NASA galaktyczną misję.
Piątkowy wieczór, odpicowana, nowiusieńka bryka Elvisa i czworo jeszcze pasażerów. Lepsze w świecie mogą być tylko zielone nimm2, ale tych jeszcze nikt nie wynalazł. Astro Disco on tour, czyli w skrócie: dwie stacje benzynowe ze świeżo przyznanymi przez Szefa Jakości gwiazdkami, zaparowane parą szyby i trzy kolejne babiczki, które reporterowi Faktu pośpieszą donieść, że ‘widziały UFO’. Mniam. Droga okazała się być jednak bardzo wymagającą i nieznośnie długą, dlatego kiedy udało się nam znaleźć cel podróży, wyliśmy radośnie donośnie, co rzecz jasna nie umknęło czekającym na nas przyjaciołom z rodzinki fribzi. Na uściskach, pjontkach i buziakach noc ta nie mogła się skończyć, dlatego dość późno, i nucąc sobie najweselsze na świecie piosenki, zawinęliśmy się w śpiwory by posłuchać bajeczki Mahoneya i odrobinę choć odpocząć.
Ósma rano w sobotę nie jest pewnie najlepszą porą na test turniejowego nagłośnienia, ale był to na tyle skuteczny budzik, że chwilę potem, jednak bez błysku w oczach wsuwaliśmy śniadanie i omawialiśmy plan dnia. Czekały nas cztery mecze, pierwszy z młodziutką ekipą z Sosnowca, Fristaszkami. Wygraliśmy pewnie, ale postęp, jaki poczynili od naszego pierwszego spotkaniu na Lemon Cup bardzo miło nas zaskoczył. Brawo. Następna potyczka to już zupełnie inna bajka, niestety bez dobrego zakończenia. Pojedynki z Furious Goats i ostatni tego dnia z Altimejt Warsaw Frisbears przypominały pewnie trochę te biblijne między Dawidem a Goliatem, przewaga fizyczna i umiejętności techniczne naszych rywali nie pozostawiały złudzeń co do wyniku naszych spotkań. Przegrywaliśmy zdecydowanie, błędy w naszej obronie zamieniały się w stracone punkty, na tyle frustrująco, że cierpiał na tym nawet nasz offence, całkowicie pozbawiony cierpliwego rozgrywania i mądrych w nim decyzji. A ponieważ Ultimate frisbee nie pozwala na użycie procy i kamyczka.. cóż, w kółeczku po meczach głów za wysoko nie podnosiliśmy. Jedynym miłym, w sensie sportowym rzecz jasna akcentem tego dnia był mecz z RJP Squad. Obawialiśmy się go okrutnie, widzieliśmy, jak świetnie sobie radzili, wyszliśmy na parkiet trochę stremowani, ale okazało się, że potrafimy nawiązać z nimi walkę na nieomal równym poziomie. Oba teamy zagrały bardzo ofensywny Ultimate, wysoki wynik i tempo meczu mogły się podobać. Lepsi okazali się Emeryci ze stolicy, jednak o pogromie mowy być nie mogło. Trudy soboty zostawiliśmy pod prysznicami i niesamowicie podekscytowani usiedliśmy na trybunach, by obejrzeć spektakl wyjątkowy, sparingowy meczyk między dwoma juniorskimi drużynami z Warszawy i Sosnowca. Nawet meczom gwiazd nie towarzyszyło, o ile pamiętam takie napięcie, nawet Barca nie może liczyć na doping, który otrzymały Fristaszki i Rasz, nawet twoja stara jest joo, jeśli obstawiła dobry wynik. Pula zakładu bezpiecznie jednak przetrwała do niedzielnego finału, a ponieważ emocjom nie można pozwolić opaść, ruszyliśmy do klubopizzerii na sobotnią imprezę, gwóźdź nocnego życia w Kole. Chyba znowu powinienem posłużyć się skrótem, historię tej bibki można by opowiadać godzinami. Spróbujmy w punkcikach: tańce na stołach i zbiórka funduszy na pokarm dla kota pani Krystyny, złamany nos kolegi i złamane serce pewnej białogłowy z zagubionym śpiworem, nowa drużyna Ultimate i nowy również wąsaty przyjaciel z Konina, szanty na sali i drzemiąca wśród wilków pani woźna.. i wiele, naprawdę wiele tym podobnych zwariowanych historii.
Słowo na niedzielę. Przetarliśmy ze zdumienia oczy dopiero na pierwszym meczu, z Rasz. A skoro udało nam się przeżyć od zmierzchu do świtu, to czemu nie moglibyśmy się zdobyć na pokonanie znienawidzonej przez bukmacherów młodzieży?? I udało nam się. I na tym koniec o tym opowieści. I bardzo jeszcze dziękujemy Ani z Grandmaster Flash, ponieważ dzięki temu, że tak skutecznie rozpraszała naszego handlera, ten na moment chociaż przestał opowiadać, jak bardzo jest głodny. Ostatni mecz turnieju, mecz o siódme miejsce, o pietruchę lub życie, naprawdę nie wiem, jak go opisać. Optymiści powiedzieli po nim, że graliśmy w siódemkę, że to zmęczenie nas pokonało, że daliśmy z siebie wszystko.. realiści zaś twierdzą, że takie mecze się po prostu wygrywa, że 6:0 nie ma prawa zamieniać się w 12:14. Porażka, jednym słowem. Ósme miejsce na ‘Frisbee Kołem się toczy’ nie ucieszyło nas zbytnio. Gdyby nie rozrzucone w tłum lizaki, pewnie bym się rozpłakał. Zwyciężyli Grandmaster Flash, pokonując w finale (niedocenionych przez obstawiających końcowy wynik) Furious Goats. Brawo Grandmaster Flash, jesteśmy pod wrażeniem!! MVWP dla Basi z Pyranii. Brawo. MVP turnieju został Luca z Altimejt Warsaw Frisbears. Brawo. Spirit of the Game również dla Altimejt Warsaw Frisbears. Brawo. Brawo Rogal. Gość, którego trafiłeś lizakiem nie podniósł się z parkietu przez dwie minuty. Dziękujemy Nine Hills za wsparcie. Szakacunek. Naprawdę naprawdę naprawdę. Dziękujemy też i pozdrawiamy cały skład Tequilla Sunrise, za inspiracje i wariacje.

Alek

Dodaj komentarz