
Wrocław leży nad rzeką. należy o tym pamiętać. I to tyle o mieście. Poczytajcie przewodniki. Ultimate Frisbee we Wrocławiu to WD40, które od czterech lat organizuje turniej tak wiosenny, że.. aż do zapomnienia się nad ranem. Astro Disco in, rzecz jasna. W składzie takim, że podczas trzech dni ich nieobecności w domu bankructwo dotknęło hurtownię alkoholu, trzy knajpy, hodowlę plantów i kiosk na rogu jednej takiej ulicy. Reprezentacja bohemy i bydgoskiej dzielnicy, tancerze i baletmistrzowie, lebry, gracze wyjadacze i ich kochanki. Frisbee też zabraliśmy… bo fajnie fruwa.
Podróż na turniej to bardzo poważna wyprawa. po pierwsze, trzeba dojechać. Po drugie.. nie natknąć się na autostradę, bo w Polsce grozi to szokiem. Jak to ostatnimi czasy bywa i na ten turniej ruszyliśmy w kilku ekspedycjach. Nowy, Kris, Kożuch i Lucjan jechali z 9Hills autobusem wynajętym przez nich. Mały, Mania, Mati, Uolcia i Olunia karawanem Małego. Elvis, Dziamski, Ruda i Alek kolejnym Oplem Corsą który tym razem nie spłonął, a pewna połówka pociągiem z Poznania z Kejterami (w slangu poznańskim mały piesek) z Uwagi. Na miejsce Dziamskowcy dotarli w blasku dnia celem zwiedzenia Wrocka. Reszta dobiła około połnocy. Piwko, grillowana kiełbasa, przybijanie piątek i rzucanie flashlightem to już tradycja Wrocławskich Welcome Party. Nie będę się rozpisywał po raz kolejny jacy to niegrzeczni byli Astronauci tej nocy, ale rewia mody bandy tranwestytów o świcie to nie jest zbyt normalna sprawa. Wrocław nie Mediolan. Whatever.
W planach był teraz bardzo długi opis, ale po napisaniu trzech akapitów o campingu, który w latach 1990-91 dwa razy(!!) został wyróżniony certyfikatem “przyjazny kemping” wykreśliłem je bez chwili wahania…jednym słowem: wypas. Wypas za 17PLN doba lub 21,5PLN, o ile lubisz pościel. Jest taka marka, która przyznaje takim miejscom gwiazdki, na co połowa nie-takich jak mój ulubiony team wczasowiczów reaguje dość wymijająco. Nieważne. Porozmawiajmy o Ultimate.

Poranek, dobudzanie trupów, śniadanie, wspólna rozgrzewka, omówienie taktyki …UP!!! Pierwszy mecz zagraliśmy w śpiworach…z teamem Bednarska z Warszawy. Okazał się szczęśliwy dla Nas. Pogoda była nie za zbytnio, a dokładnie deszcz i wiatr. Podobno to dobre warunki na użycie obrony strefowej. Podobno..się sprawdziło. Zagraliśmy klasycznym Zone D. Byliśmy głodni gry i po pullu w kilka sekund cup dobiegał do juniorow ze stolicy. W większości był na tyle skuteczny że przeciwnikom nie udawało się przekroczyć wlasnej połowy, a bardzo często nawet wyjść z własnej zony. Kilka razy otarliśmy się o Callahana. Drużyna ze szkoły “Bednarskiej” po raz pierwszy grała bez swojego mentora Stasia z GMF, i zdawała się być bezbronna przeciw presji cupa w takiej pogodzie. Z nieba gęsto leciały ostre jak igły krople deszczu, a i wiatr robił swoje. Talerz był całkowicie mokry. No cóż, nawet doświadczone drużyny, jak to było widać dalej na tym turnieju miały problemy z utrzymaniem się przy dysku w takich warunkach. Wygraliśmy 13:0.

Następna gra ułożyła się Nam z Niemcami z Cottbus. Znów wiaterek, znów zone D, znów wygrana. Tym razem zdobyliśmy Callahana.
Rany, czy mogę już pominąć dłuższy opis i zacząć się jarać tą następną? Tą z RJP?

Jasne, że mogę. Oto historia. Deszcz padał nieziemski, byliśmy nim zmyci już na rozgrzewce aż po sam czubek głowy, byliśmy cholernie nakręceni i bardzo chcieliśmy wygrać. Jak się bawić, to nową zabawką - każde z nas chce się teraz bawić cup’em i te 45 minut najbardziej energetycznej godziny na tym turnieju zagraliśmy dzięki niemu. Najzabawniejsze jest to, że po tamtej przygodzie ciężko mi przypomnieć sobie, co zrobiliśmy nie tak, co nam nie wyszło, dlaczego dobiegłem za późno, czy dyski nam wypadały, czy może jednak się ślizgały.. pustka. Pamiętam doskonale wyraz twarzy tych, którzy stali na linii po zdobyciu kolejnego punktu. Prowadziliśmy 7:4. Kocham ten widok. Nasze oczy były dzikie, moi drodzy. Przegraliśmy jak cholera, ostatnie pięć punktów dostaliśmy z rzędu, to bolało tak bardzo, że właściwie mogliśmy poryczeć się tydzień później na panelu grupy wsparcia..
Cholerne uczucie, nigdy więcej, dziękuję, nie smakuje mi.

Dwie wygrane w grupie dały nam jednak ćwierćfinał. Jest taki niuans, który polega na tym, że jeśli zajmiesz drugie miejsce w swojej grupie to grasz ze zwycięzcą innego pool’a. Nam ofiarowano taki wlaśnie pakiecik popołudniowy, z cudnie wychodzącym zza chmur słońcem i rosą na trawie… i Drehst’n Deckel. Fajowo było pogapić się jak grają, bardzo płynnie, swobodnie, na tyle, ile pozwala przeciwnik, ale też z polotem. W kółeczku powiedzieli nam, że podobała im się linia handlingu Astro Disco. Nie musieliśmy mówić im tego samego, prawda? Bardzo fajowy spirit, mimo pewnej sprzeczki. O kobiety, rzecz jasna. Kobiety Astro są śliczne, od tego zwykle się zaczyna, goście się gapią, cudują, zachwycają, ale dziewuch na linii i tak mamy za mało i tak nie wolno!?

Przegrany quarter, prysznic, plany na miejsca 5-8, i ten z nich najdoskonalszy, o kryptonimie wręcz wybitnym: szybka trąbka. Dla słuchaczy wersja ocenzurowana. Dla wynalazcy prosimy bukiet i masę nagród. Teraz trochę wygłupów, logika. Czy może się udać pomysł na to, żeby Astro Disco - jako team- najszybciej jak tylko jest to możliwe wstawiło sobie teczkę i poprzestając na mało precyzyjnie określonym jej rozmiarze poszło - wciąż jako team- spać? Nie, nie może, po prostu jest to niemożliwe i koniec. Tak samo jak trzaskanie obrotowymi drzwiami. Niektórzy niby potrafią, ale trik nigdy nie wychodzi. Potrzebny jest ktoś, kto między drzwi wsadzi nogę i łuuup. Tylko, że Nowy nie dopilnował pewnej dość pełnej karty płatniczej i łuuup dało się słyszeć o czwartej chyba nad ranem.
Niedziela punkt świt, idealny dla ciebie moment, by zobaczyć coś a’la dinozaur z Loch Ness lub trzeźwego Astronautę. Jeśli ci się uda, to mamy pewną prośbę. Pstryknij fotkę i wyślij na astrodisco.pl@gmail.com. bardzo ładnie prosimy. Lubimy fantastykę.

Pierwszy mecz z WD40, drugi z AWF. Oba może w punkcikach ku przestrodze:
1. nie graj stylem pijanego mistrza
2. zabieraj drugi skład na niedzielę
3. nie daj wiary, że nie masz siły, walcz do końca
Trzy bardzo przydatne rady, które wymyśliliśmy dopiero w poniedziałek, ale cóż z tego, skoro fikołki do tyłu były tak zabawne i w ogóle bawiliśmy się świetnie?? Pewnie nic, ale zajęliśmy ostatecznie ósme miejsce, które mało ma już wspólnego z radością i chichotami a raczej więcej z biciem brawa zwycięzcom i pakowaniem manatków.
Pierwsze miejsce zajęła drużyna RJP pokonując w finale Uwagę. Raz jeszcze dał o sobie znać spokój, zaplanowana taktyka i doświadczenie. Brawo!
Nagrodę Spirit Of The Game dostała młodziutka drużyna Fristaszki prowadzona przez Szyma z Spirit On Lemon.

Spaleni słońcem i zmęczeni absolutnie wszystkim ruszyliśmy w drogę powrotną, a opowieść ta dobiega sobie spokojnie końca. Wszystkie głupoty, które uczyniliśmy z tą cudowną nonszalancją są tylko w naszych głowach, sportowa strona turnieju jest tylko w głowie Lucjana. Oby struny w gitarze Elvisa nie pękały, oby corsa pruła po szosie jak nigdy, oby w tańcu też można by było wygrywać, oby tak do końca.
Turniej Spring Lube 2009 odbyl sie w dniach 16-17.05.2009
Astro Disco wystąpiło w składzie:
-Mati
-Nowy
-Alek
-Misza
-Mały
-Kożuch
-Kris
-Lucjan
-Elvis
-Mania
-Zosia
Alek & Lucjan
Musisz być zalogowany aby komentować